Dlaczego już nie maluję paznokci - moja historia
Chcecie wiedzieć dlaczego już od ponad roku nie maluję paznokci? Dlaczego rozdałam wszystkie swoje lakiery a zmywacz stoi w szafce jedynie na wypadek jakby się miał przydać do czyszczenia po taśmie klejącej?
Zapraszam do zapoznania się z moją historią...
Paznokcie zawsze miałam całkiem niezłe. Ani jakieś mocno grube, ani jakieś specjalnie delikatne, nie sprawiały większych problemów poza okazjonalnymi białymi plamkami - które jak wiadomo śwaidczą o niedoborach w diecie. Wtedy wystarczyła korekcja tego co jem, oraz cierpliwość i wszystko wracało do normy.
Większy problem zawsze miałam ze skórkami. Suche i mocno wrastające. Do tego "skubiące" się. Szczególnie w chwilach zdenerwowania - jak trafiłam na zadzieżgnięty kawałek skóry przy paznokciu potrafiłam drania rozdrapać do krwi. Też tak macie? Szczególnie cierpiały kciuki - nie dość że wyglądało to obrzydliwie to jeszcze potrafiło dotkliwie boleć.
Szczególnie zimą - kiedy dłonie robiły się dodatkowo suche i spierzchnięte problem nabrzmiewał do dość mocnych rozmiarów.
I chyba właśnie od tych skórek zaczęły się w pewnym momencie problemy z paznokciami. Szczególnie kciuki. Powierzchnia na paznokciach stała się pofalowana i jakby lekko miękka. Zaczęły słabiej rosnąć.
Był to czas kiedy jeszcze wierzyłam w szczególną moc odżywek do paznokci, oraz dość często je malowałam. Wychodziłam z założenia, że jak są takie paskudne, to lepiej to maskować...
Zresztą lubiłam ładnie zrobione paznokcie, fajny kolor, faktura. Szczegónie podobały mi się wszelkiego rodzaju "piaskowe" i drobinkowe lakiery. Dawały tak wiele możiwości i po ich zastosowaniu aż tak bardzo nie rzucała się w oczy pofalowana powierzchnia pazurka.
Przez ok rok "walczyłam" z problemem - na początku sądziłam że znowu są to jakieś niedobory i starałam się maksymalnie urozmaicić dietę. Dodatkowo cały czas posiłkowałam się odżywkami do paznoci.
Wypróbowałam między innymi osławione Eveline - i tą 8w1 i te kolorowe (ta różowa miała śliczny kolor).
A było tylko gorzej...
Zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie lakiery mogły być przyczyną takiego a nie innego satnu pazura więc w pewnym momencie zmyłam lakier i powiedziałam dość. Zobaczymy co będzie jak nie pomaluję paznokcji przez - powiedzmy miesiąc. Zrobiłam i kąpiel w oliwce i zostawiłam samym sobie.
I chyba już wiecie do czego to wszystko zmierza... teraz po roku (albo już i dłużej) mam fajne zdrowe paznokcie, które dość szybko rosną, nie łamią się, nie rozdwajają, Nie ma z nimi problemu. Nie wyglądają co prawda jak z żurnala, ale i też nie zalezy mi na efekcie "sztucznych szponków".
Umiarkowanie podobają mi się tzw. "żele", "hybrydy", czy inne wynalazki, ale jak pomyślę o tym jak bardzo niszczy to paznokieć - nawet nie będę próbować. Na samej sobie widzę, że malowanie po prostu paznokciowi szkodzi. Mam wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy że lakier do paznokci jest zwyczajnie toksyczny - nawet prowadząc zdrowy tryb życia - prze to ze kładziemy na siebie tego typu "kosmetyk" narażamy się na przenikanie szkodliwych substancji w głąb naszego organizmu.
Wiem wiem - nie da się całkowicie wyeliminować szkodliwych czynników - czy to zanieczyszczone powietrze, czy pestycydy w jedzeniu itp. Ale IMO - mozemy je przynajmniej ograniczyć.
W internecie możemy znaleść mnówstwo zestawień substancji toksycznych które zawierają lakiery do paznokci. Jak się nad tym zastanowić - kłądziemy na siebie farbę emaliową - taką sama jaką maluje się płoty czy inne rurki.
Moja obecna pielęgnacja dłoni i paznokci polega na smarowaniu ich co jakiś czas kremem (ale też nie żeby jakoś mega często - raz, może dwa razy dziennie, a czasem nic nawet kilka dni). Aktualnie używam Yope i Nacomi, oba dają radę, nawilżają i są fajne i delikante.
Jak mi się chce, robię kąpiel rąk i paznokci - oliwa z oliwek lub olej migdałowy z dodatkiem soku z cytryny (trzymać ok. 15-20 min), potem krem i lulu :).
I to wystarczy! Paznokcie są białe, pięknie rosną, są mocne, nie rozdwijają się... podczas gdy u znajomych po hybrydach i lakierze co rusz słyszę "znowu mam takie słabe paznokcie, powinnam kupić taką to a taką odżywkę..."
I biznes się kręci ;)
Zapraszam do zapoznania się z moją historią...
Paznokcie zawsze miałam całkiem niezłe. Ani jakieś mocno grube, ani jakieś specjalnie delikatne, nie sprawiały większych problemów poza okazjonalnymi białymi plamkami - które jak wiadomo śwaidczą o niedoborach w diecie. Wtedy wystarczyła korekcja tego co jem, oraz cierpliwość i wszystko wracało do normy.
Większy problem zawsze miałam ze skórkami. Suche i mocno wrastające. Do tego "skubiące" się. Szczególnie w chwilach zdenerwowania - jak trafiłam na zadzieżgnięty kawałek skóry przy paznokciu potrafiłam drania rozdrapać do krwi. Też tak macie? Szczególnie cierpiały kciuki - nie dość że wyglądało to obrzydliwie to jeszcze potrafiło dotkliwie boleć.
Szczególnie zimą - kiedy dłonie robiły się dodatkowo suche i spierzchnięte problem nabrzmiewał do dość mocnych rozmiarów.
I chyba właśnie od tych skórek zaczęły się w pewnym momencie problemy z paznokciami. Szczególnie kciuki. Powierzchnia na paznokciach stała się pofalowana i jakby lekko miękka. Zaczęły słabiej rosnąć.
Był to czas kiedy jeszcze wierzyłam w szczególną moc odżywek do paznokci, oraz dość często je malowałam. Wychodziłam z założenia, że jak są takie paskudne, to lepiej to maskować...
Zresztą lubiłam ładnie zrobione paznokcie, fajny kolor, faktura. Szczegónie podobały mi się wszelkiego rodzaju "piaskowe" i drobinkowe lakiery. Dawały tak wiele możiwości i po ich zastosowaniu aż tak bardzo nie rzucała się w oczy pofalowana powierzchnia pazurka.
Przez ok rok "walczyłam" z problemem - na początku sądziłam że znowu są to jakieś niedobory i starałam się maksymalnie urozmaicić dietę. Dodatkowo cały czas posiłkowałam się odżywkami do paznoci.
Wypróbowałam między innymi osławione Eveline - i tą 8w1 i te kolorowe (ta różowa miała śliczny kolor).
A było tylko gorzej...
Zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie lakiery mogły być przyczyną takiego a nie innego satnu pazura więc w pewnym momencie zmyłam lakier i powiedziałam dość. Zobaczymy co będzie jak nie pomaluję paznokcji przez - powiedzmy miesiąc. Zrobiłam i kąpiel w oliwce i zostawiłam samym sobie.
I chyba już wiecie do czego to wszystko zmierza... teraz po roku (albo już i dłużej) mam fajne zdrowe paznokcie, które dość szybko rosną, nie łamią się, nie rozdwajają, Nie ma z nimi problemu. Nie wyglądają co prawda jak z żurnala, ale i też nie zalezy mi na efekcie "sztucznych szponków".
Umiarkowanie podobają mi się tzw. "żele", "hybrydy", czy inne wynalazki, ale jak pomyślę o tym jak bardzo niszczy to paznokieć - nawet nie będę próbować. Na samej sobie widzę, że malowanie po prostu paznokciowi szkodzi. Mam wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy że lakier do paznokci jest zwyczajnie toksyczny - nawet prowadząc zdrowy tryb życia - prze to ze kładziemy na siebie tego typu "kosmetyk" narażamy się na przenikanie szkodliwych substancji w głąb naszego organizmu.
Wiem wiem - nie da się całkowicie wyeliminować szkodliwych czynników - czy to zanieczyszczone powietrze, czy pestycydy w jedzeniu itp. Ale IMO - mozemy je przynajmniej ograniczyć.
W internecie możemy znaleść mnówstwo zestawień substancji toksycznych które zawierają lakiery do paznokci. Jak się nad tym zastanowić - kłądziemy na siebie farbę emaliową - taką sama jaką maluje się płoty czy inne rurki.
Moja obecna pielęgnacja dłoni i paznokci polega na smarowaniu ich co jakiś czas kremem (ale też nie żeby jakoś mega często - raz, może dwa razy dziennie, a czasem nic nawet kilka dni). Aktualnie używam Yope i Nacomi, oba dają radę, nawilżają i są fajne i delikante.
Jak mi się chce, robię kąpiel rąk i paznokci - oliwa z oliwek lub olej migdałowy z dodatkiem soku z cytryny (trzymać ok. 15-20 min), potem krem i lulu :).
I to wystarczy! Paznokcie są białe, pięknie rosną, są mocne, nie rozdwijają się... podczas gdy u znajomych po hybrydach i lakierze co rusz słyszę "znowu mam takie słabe paznokcie, powinnam kupić taką to a taką odżywkę..."
I biznes się kręci ;)





Komentarze
Prześlij komentarz